Reinscenizacja spektaklu nie jest zadaniem ani łatwym, ani lekkim, ani jak domniemam przyjemnym. Zabieg taki w ten czy inny sposób wiąże się zawsze z konfrontacją z dotychczasowymi wersjami danego dzieła i postawieniem przed trudną decyzją: kopiować czy kombinować?Każda z opcji ma swoje 'ale'.
Kopiując udane dzieło narażamy się na niedorośnięcie do kunsztu oryginału oraz ostre słowa krytyków zdegustowanych nudnym plagiatem. W końcu jeżeli nowa inscenizacja nic nie wnosi, to automatycznie nasuwa się pytanie jaki sens w jej wystawianiu?
Kopiując udane dzieło narażamy się na niedorośnięcie do kunsztu oryginału oraz ostre słowa krytyków zdegustowanych nudnym plagiatem. W końcu jeżeli nowa inscenizacja nic nie wnosi, to automatycznie nasuwa się pytanie jaki sens w jej wystawianiu?
Kombinując musimy uważać by się nie zapędzić, bowiem możemy obudzić się z groteskową karykaturą pierwowzoru martwo spoczywającą w naszych nadpobudliwie kreatywnych dłoniach.
Oczywiście rozwiązaniem idealnym, jak zawsze, zdaje się być osławiony (a traktowany ostatnimi czasy w sztuce po macoszemu) złoty środek. Przy czym gdyby jego odnalezienie było stosunkowo proste i w pełni gwarantowało pomyślność przedsięwzięcia, to miny moich japońskich współ-seminarzystów teatrologicznych na widok Ryszarda II w reżyserii Arianne Mnouchkine powinny być bliższe zachodniemu zachwytowi niż wyraźnemu skołowaniu i zażenowaniu, jakie miałam okazję jakiś czas temu u nich zaobserwować.
Wracając jednak do Takarazuki (która nie tak znowu obca jest interkulturalizmowi, ale o tym może innym razem - ze sporym naciskiem na 'może'). Po niezwykle udanym pierwszym podejściu w 2004 roku (Wao Youka, Hanafusa Mari) oraz stosunkowo (moim zdaniem) udanej choć nieco 'przekomercjalizowanej' wersji z 2006 roku (Haruno Sumire, Sakurano Ayane) moje oczekiwania względem tegorocznej inscenizacji Phantoma przez Takarazukę były, nie ukrywam, wysokie. Tym bardziej, iż nadal czułam swoisty niesmak po 'zabiegach' dokonanych przez rewię na jednym z najwyżej cenionych przeze mnie europejskich musicali - Romeo i Juli Gérarda Presgurvica.
Tegoroczna inscenizacja Phantoma miała być dodatkowo obciążona brzemieniem ohirome otokoyaku topstar Ranju Tomu. Brałam to za dobrą monetę. Jeżeli jest coś, do czego Takarazuka przykłada się ze zdwojonym wysiłkiem to są to spektakle ohirome i sayounara.
Przynajmniej tak mi się dotychczas wydawało...
Obawiam się jednak, iż w omawianym przypadku wysiłek został potrojony, w wyniku czego ostatecznie zatoczył zwodnicze koło i wylądował na nieznanej ziemi 'przekombinowania'.
Jeżeli fabuły, która broni się sama, nie tknięto to cóż takiego poszło nie tak?
Przede wszystkim choreografia. Największy żal mam do Kazumi-Boy za wszystkie układy taneczne w podziemiach opery z udziałem Upiora. Idiotyczne, żenujące, infantylne i groteskowe układy przypominające techno-robot-dance nie tylko nie mają nic wspólnego z urokiem otokoyaku ani z dramatyzmem postaci Upiora, ale również okrutnie niszczyły jakikolwiek nastrój. Nie znajduję uzasadnienia dla odwołania się do tego typu choreografii w tym akurat musicalu. Rozumiem potrzebę nadania całości 'świeżego powiewu', ale nie oszukujmy się - są pewne granice.
Kolejną wątpliwie pomyślną zmianą była interpretacja muzyczna spektaklu. Dość drastyczne zmiany poczyniono w doborze instrumentów orkiestry skłaniając się głównie ku grzechotką, talerzom, cymbałkom i perkusji (z tego co udało mi się "wysłyszeć"). Jak łatwo się domyślić - wraz z ich pojawieniem się znikła pompatyczna, mroczna atmosfera opery, do tej pory idealnie oddawana przez m.in. instrumenty dente oraz organy. W efekcie otrzymaliśmy efekt czegoś z pogranicza muzyki pop. Czarę goryczy przelały dodane (nowe) piosenki wykonane w konwencji popowej poezji śpiewanej.
Na szczęście spektakl ratowała gra aktorska. I choć pierwszemu aktowi brakowało kompletnie wyrazu i jakiegokolwiek napięcia (co może przedwcześnie rozczarować widza), to w zestawieniu z drugim, przesyconym emocjami i dramatyzmem aktem drugim stworzono niezwykle wyrazisty, zaskakujący, nowatorski spektakl w o wiele bardziej złożony sposób poruszający i obrazujący konflikt wewnętrzny głównego bohatera. Odarty z efemerycznego uroku, niezwykle ludzki dramat Upiora wzrusza do łez.
Oczywiście rozwiązaniem idealnym, jak zawsze, zdaje się być osławiony (a traktowany ostatnimi czasy w sztuce po macoszemu) złoty środek. Przy czym gdyby jego odnalezienie było stosunkowo proste i w pełni gwarantowało pomyślność przedsięwzięcia, to miny moich japońskich współ-seminarzystów teatrologicznych na widok Ryszarda II w reżyserii Arianne Mnouchkine powinny być bliższe zachodniemu zachwytowi niż wyraźnemu skołowaniu i zażenowaniu, jakie miałam okazję jakiś czas temu u nich zaobserwować.
Wracając jednak do Takarazuki (która nie tak znowu obca jest interkulturalizmowi, ale o tym może innym razem - ze sporym naciskiem na 'może'). Po niezwykle udanym pierwszym podejściu w 2004 roku (Wao Youka, Hanafusa Mari) oraz stosunkowo (moim zdaniem) udanej choć nieco 'przekomercjalizowanej' wersji z 2006 roku (Haruno Sumire, Sakurano Ayane) moje oczekiwania względem tegorocznej inscenizacji Phantoma przez Takarazukę były, nie ukrywam, wysokie. Tym bardziej, iż nadal czułam swoisty niesmak po 'zabiegach' dokonanych przez rewię na jednym z najwyżej cenionych przeze mnie europejskich musicali - Romeo i Juli Gérarda Presgurvica.
Tegoroczna inscenizacja Phantoma miała być dodatkowo obciążona brzemieniem ohirome otokoyaku topstar Ranju Tomu. Brałam to za dobrą monetę. Jeżeli jest coś, do czego Takarazuka przykłada się ze zdwojonym wysiłkiem to są to spektakle ohirome i sayounara.
Przynajmniej tak mi się dotychczas wydawało...
Obawiam się jednak, iż w omawianym przypadku wysiłek został potrojony, w wyniku czego ostatecznie zatoczył zwodnicze koło i wylądował na nieznanej ziemi 'przekombinowania'.
Jeżeli fabuły, która broni się sama, nie tknięto to cóż takiego poszło nie tak?
Przede wszystkim choreografia. Największy żal mam do Kazumi-Boy za wszystkie układy taneczne w podziemiach opery z udziałem Upiora. Idiotyczne, żenujące, infantylne i groteskowe układy przypominające techno-robot-dance nie tylko nie mają nic wspólnego z urokiem otokoyaku ani z dramatyzmem postaci Upiora, ale również okrutnie niszczyły jakikolwiek nastrój. Nie znajduję uzasadnienia dla odwołania się do tego typu choreografii w tym akurat musicalu. Rozumiem potrzebę nadania całości 'świeżego powiewu', ale nie oszukujmy się - są pewne granice.
Kolejną wątpliwie pomyślną zmianą była interpretacja muzyczna spektaklu. Dość drastyczne zmiany poczyniono w doborze instrumentów orkiestry skłaniając się głównie ku grzechotką, talerzom, cymbałkom i perkusji (z tego co udało mi się "wysłyszeć"). Jak łatwo się domyślić - wraz z ich pojawieniem się znikła pompatyczna, mroczna atmosfera opery, do tej pory idealnie oddawana przez m.in. instrumenty dente oraz organy. W efekcie otrzymaliśmy efekt czegoś z pogranicza muzyki pop. Czarę goryczy przelały dodane (nowe) piosenki wykonane w konwencji popowej poezji śpiewanej.
Na szczęście spektakl ratowała gra aktorska. I choć pierwszemu aktowi brakowało kompletnie wyrazu i jakiegokolwiek napięcia (co może przedwcześnie rozczarować widza), to w zestawieniu z drugim, przesyconym emocjami i dramatyzmem aktem drugim stworzono niezwykle wyrazisty, zaskakujący, nowatorski spektakl w o wiele bardziej złożony sposób poruszający i obrazujący konflikt wewnętrzny głównego bohatera. Odarty z efemerycznego uroku, niezwykle ludzki dramat Upiora wzrusza do łez.

Jestem bardzo ciekawa o jakich dokładnie 'zabiegach' na Romeo i Julii mówisz ? Chodzi o dodatkowe sceny, czy może o coś kompletnie innego?
OdpowiedzUsuń na zawszeJestem bardzo ciekawa bo to również jeden z moich ulubionych musicali w wersji francuskiej, węgierskiej - ale i japońska - jakże inna - także mi się podobała.
Zasadniczo chodzi o całokształt. Mimo słów zachwytu, które płynęły z ust Presgurvica po pierwszym spektaklu (choć nadal pragnę wierzyć, iż kierowało nim dobre wychowanie, a nie szczerość). Od 2005, gdy po praz pierwszy pozwoliłam sobie na chwilę zadumy nad tym czy Takarazuka sprawdziłaby się w tym musicalu, czekałam na chwilę, w której Romeo et Juliette pojawi się na scenie Wielkiego Teatru. Pierwszym zgrzytem była więc Umegei. Mimo prostoty scenografii Romeo i Julia Presgurvica jest musicalem bardzo "przestrzennym". Skompresowanie go do wielkości sceny Umegei nie mogło wróżyć nic dobrego.
OdpowiedzUsuń na zawszeNajwiększą zbrodnią był jednak wybór Hoshigumi.
Polityka Takarazuki jest mi nad wyraz dobrze znana, w związku z czym w większości przypadków potrafię być "ponad to" i pogodzić się z decyzjami teatru nawet jeżeli moim zdaniem działają na jego niekorzyść. Tym razem jednak poświęcono stronę wokalna dla wizualnej (wybór Yuzuki Reon nie był przypadkowy). Przy drugim podejściu (Otozuki Kei) kwestię potraktowano na szczęście nieco bardziej poważnie.
Tym, co w takarazucznej wersji Romeo et Juliette zasługuje zaś niewątpliwie na uwagę są kostiumy. Bowiem osobiście uważam, iż w 80% to właśnie one nadały temu musicalowi całkiem nowy charakter.